piątek, 27 lipca 2018

ŻYCI(REX)OWE PROBLEMY

Dzisiaj post jak to u nas w życiu codziennym, jak radzimy sobie z kontuzjami, jak stopniowo wydłużam aktywność fizyczną Rexa, dlaczego zmieniliśmy weterynarza i o tym jak życie i zły los potrafią dać w kość (a właściwie w kręgosłup, bark i pazur) ;)

Zacznijmy od początku.

Mamy marzec tego roku. Zauważyłam u Rexa że coś jest nie tak z prawą tylną łapą i że nie chodzi normalnie tak jak kiedyś oraz za bardzo kiwa się na boki. Pojechaliśmy do weterynarza, a ten stwierdził że to uraz kręgosłupa odcinka lędźwiowego. Wielkiej zmiany w zachowaniu i chodzeniu nie było widać (właściwie ktoś kto by pierwszy raz zobaczył Rexa uznał że nic mu nie jest, ale ja żyję z nim i na co dzień widzę to wszystko). Nie było akurat bardzo poważne, jednak nie oszukujmy się, z kontuzjami lepiej nie igrać i żyć w spokoju. No dobra, dostał zastrzyk, następnego dnia drugi i następnego trzeci. 3 tygodniowa przerwa od spacerów (szczerze mówiąc przesadziłam trochę z tymi 3 tygodniami, bo chodził już później normalnie, ale wolałam dmuchać na zimne). Po około miesiącu wszystko wróciło do normy, godzinne spacerki wszystko fajniutko, zdążyłam zrobić jeden w miarę porządny trening obi. Pod koniec czerwca zaczęliśmy treningi biegania obok roweru (oczywiście ja na rowerze a pies biegnie obok ;)), ponieważ pomyślałam że pomoże w chudnięciu. Okej, wszystko wygląda fajnie, z łapą wszystko dobrze.

zdjęcia są ze spacerów "pokontuzjowych" :)

Do czasu...

Na początku lipca, a dokładnie siódmego coś znowu stało się w łapę Rexowi. Tym razem lewa przednia. Uwierzcie, ręce mi opadły... Dopiero co odkryliśmy super sposób na zrzucenie tych upierdliwych kilogramów, a teraz znowu to samo? Dobra, jestem silna, pieseł też jest silny, przetrwamy to jakoś. Damy radę. W końcu to też nic bardzo poważnego, ale tak jak wyżej pisałam z kontuzjami nie ma przelewek.


Wet dał znowu trzy zastrzyki, tylko tym razem nie codziennie, a co drugi dzień. Już po drugim zastrzyku mój Reksiunio biegał sobie po podwórku, szczekał i tak dalej. Pozwalałam mu na to, ponieważ wiem że gdyby coś go bolało to by po prostu tego nie robił. Znam go i mu ufam, poza tym zauważyłam że sam się oszczędza bo nie wykorzystywał swojej energii na fulla. Przez ten tydzień gdy Rex odpoczywał, ja ćwiczyłam z Karo (pies mojej cioci, czasami coś z nią dłubię w sztuczkach i zabieram na spacerki). Gdy minął dokładny tydzień, w sobotę 14.07 poszłam z nim na pierwszy spacer. Widziałam, że czuł się na siłach, nie kulał już wcale

.
Oczywiście to nie było szaleństwo, wręcz przeciwnie. Krótki, 20 minutowy spacerek, smycz skrócona o połowę, tempo tak wolne, że Rex sam nie wiedział o co chodzi gdyż nigdy takim nie chodziliśmy, zawsze było energicznie. W każdym razie dla niego to były bardzo duże ograniczenia ruchowe. To był tylko spacer który miał sprawdzić czy beczka ma chęć na spacery, czy w ogóle już nie kuleje itp. Przez cały spacer patrzyłam na to czy nie idzie jakoś inaczej i czy wszystko jest dobrze. Po spacerze i następnego dnia obserwowałam czy nie ma zmian. Wszystko na swoim miejscu, pies chodzi normalnie, więc następnego dnia 2 spacerki po 20 minut, znowu obserwowanie i tak przez 3 dni. Później już stopniowo zwiększałam dawkę ruchu.


Jak ze stopniowym zwiększaniem ruchu?

Jak wyżej pisałam, pierwszy spacer był bardzo ograniczony względem aktywności, dosłownie 20 minutowy, krótki spacerek. Dalej 30, 40, 50 i 60 minutowe.


No i masz...

Gdy chodziliśmy już na 40 minutowe spacery, nagle po jednym z nich zaczął krwawić Rexowi pazur... Doszłam do wniosku, że poprzedni weterynarz nie do końca się poznał, bo wcale nie chodziło o bark, ale o pazur, ponieważ praktycznie nie obejrzał pazurów gdy zwróciłam na to uwagę... Stwierdził jednoznacznie że to BARK. Dlatego postanowiłam zmienić weterynarza :)


Zebrałam numery do różnych weterynarzy w mojej okolicy. Zadzwoniłam do jednego, jednak okazało się że od wtorku (26.07) do poniedziałku go nie będzie. Słabo, ale nie poddaję się i dzwonię do kolejnego. Umówiłam się na wizytę i wiecie co? Najlepsza klinika w mojej okolicy! :D Czyściutko, porządnie i co najważniejsze świetne Panie weterynarz :D Jedna z nich badała Rexa, a druga pomagała. Zważyły go, zmierzyły temperaturę, sprawdziły co jest nie tak z pazurkiem, jednym słowem zbadały od A do Z. Beczka miała lekki stan zapalny a pazur schodzi. Przepisały spray na psikanie łapki i 4 dawki syropu, oczywiście dostaliśmy tydzień zwolnienia z aktywności, jednak po tym już zaczniemy spacerki i bieganie (w końcu grubas musi jakoś schudnąć) :P
Przed kolejnym zwolnieniem z ruchu, jak wyżej widać, zdążyliśmy zaliczyć wypad nad zalew, rowerki wodne oraz pogryzienie, ale to temat na inny post ;p


Poprzedni weterynarz tylko pomacał łapę i dał po 3 zastrzyki :P Tutaj było widać że zależy im na zwierzętach :)

Tak właściwie post o wszystkim i o niczym ;) Trochę Rexowych problemów. 
Do następnego!







3 komentarze:

  1. Zdrówka! Wiem jak to jest, my nie mamy tygodnia żeby coś się z Tajga nie działo :P jak nie kontuzja, to oko, to pazur, to rozcięta łapa, a to nowa zmiana na skórze i biopsja, a to kontrolne usg i regularne wizyty u fizjo... Końca nie widać. Powodzenia w odchudzaniu! Pływanie daje fajne efekty i nie obciąża stawów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My właśnie zaliczyliśmy kontuzję i schodzenie pazurka prawie pod rząd :P
      Pływanie byłoby extra, gdyby nie to że Rex nie lubi wody ;/
      Dziękujemy i również życzymy zdrowia dla Tajgi! <3 :D

      Usuń